Newsweek
Rozgrywka
Mistrz świata w szachach wie, jak dać mata Władimirowi Putinowi.
6.01.2013
Michal Kacewicz
Mary Ellen Mark



NEWSWEEK: Szachy są tylko grą, zabawą?
GARRI KASPAROW: Dla mnie są całym życiem. Dzięki szachom jestem tu, gdzie jestem. Wbrew powszechnej opinii zawodowe szachy nie są tylko chłodną kalkulacją, a szachiści nie są maszynami, bezdusznymi mózgowcami analizującymi miliony wariantów ruchów szachowych figur. Ta gra jest pełna emocji, szachista musi być nie tylko taktykiem, lecz także psychologiem. Wreszcie szachy są niezłą szkołą charakteru, uczą odwagi, podpowiadają, jak mądrze ryzykować.
NEWSWEEK: Tak jak wtedy, w 1985 r., kiedy 
Anatolij Karpow wygrywał z panem.
Do całkowitego triumfu brakowało mu jednej partii. A pan popełnił prosty błąd. Karpow mógł się zorientować, ale pan wstał na chwilę od szachownicy i odwrócił jego uwagę. Pokonał pan wtedy Karpowa i został mistrzem świata. Zna pan takie 
zagranie, które zaskoczy Putina?
GARRI KASPAROW: Na dobrych turniejach, z mistrzami, trzeba się rozegrać, przejść wiele gier według znanych schematów, by wyłączyć u przeciwnika czujność. By poznać jego słabości i potem pokonać w odpowiednim momencie. My, opozycja, wiemy, że Putin już się zaczął męczyć. Nie dotrwa do końca właśnie rozpoczętej, pięcioletniej kadencji. Odpadnie i odejdzie od tej szachownicy pokonany. Znam takie zagranie. Żeby było skuteczne, musi jednak pozostać tajne.
NEWSWEEK: Gra w szachy pomaga w polityce?
GARRI KASPAROW: Pomaga. Jednak szachy są trudniejsze. W szachach jest nieskończenie więcej możliwości ruchu niż w polityce. Zwłaszcza w rosyjskiej polityce. U nas ruchy są ograniczone, bo drugi gracz, władza, oszukuje. Gdy zaczyna przegrywać, strąca jednym ruchem ręki wszystkie figury z szachownicy.
NEWSWEEK: Jest pan szachowym arcymistrzem. Osiągnął pan w swojej dziedzinie 
wszystko, zdobył szacunek i podziw 
na całym świecie. Po co panu polityka?
GARRI KASPAROW: W Rosji nie ma polityki. Jest nierówna walka. Kiedy chciałem objechać Rosję, żeby spotkać się z ludźmi, wyborcami, to na każdym kroku pojawiały się przeszkody. A to zepsuł się samolot, a to rura pękła i zalało salę albo nagle odwołano rezerwację sali, w której miało odbyć się spotkanie. Takie były początki tej "polityki". Potem aresztowano mnie. Byłem szarpany, zostałem pobity przez milicjantów, a ostatnio oskarżony o pogryzienie oficera. I to się nazywa polityką? Nie, to jest konspiracja, determinacja, walka, ale nie polityka. W polityce wszystkie strony mają mniej więcej równe szanse i równy dostęp np. do spraw państwa, mają wiedzę o nim. My, opozycja, nie mamy żadnego dostępu. My mamy tylko ulicę. Dlaczego biorę udział w czymś takim? Rzeczywiście nie jest mi to potrzebne. Gdybym był egoistą, co mi się często zarzuca, to żyłbym sobie wygodnie, pewnie hołubiony przez władze i zapraszany na Kreml. Może nawet zostałbym deputowanym albo ministrem. Zamiast tego jestem szykanowany i oskarżany np. o spiskowanie przeciw Rosji z zagranicznymi mocodawcami. Gdy tylko jadę za granicę, zaraz piszą i gadają w telewizji, że pojechałem do amerykańskiego Departamentu Stanu po swą dolę. Oskarżają mnie, że brałem pieniądze od Saakaszwilego z Gruzji. Ale nie zniechęcą mnie, jestem upartym człowiekiem, nie poddaję się. NEWSWEEK: Do historii przeszła rywalizacja szachowa Garriego Kasparowa, mało znanego 
chłopaka z Baku, i Anatolija Karpowa, 
starego mistrza, ulubieńca radzieckich władz. Wtedy, w latach 80., na pana 
zwycięstwa z Karpowem patrzono jak 
na początek wielkich zmian, symbol 
nadchodzącego nowego. Dzisiaj Karpow jest posłem prokremlowskiej partii 
i zwolennikiem Putina, a pan jednym 
z liderów opozycji. Pozostał pan 
buntownikiem także poza szachownicą…
GARRI KASPAROW: Wchodziłem na szachowy olimp jako młody człowiek, który burzy schematy i miesza w dość konserwatywnym szachowym światku. Wtedy, w epoce Gorbaczowa, radziecki system pogrążał się w degrengoladzie. Władza nadal traktowała obywateli jak niewolników. Kłamała i łudziła Zachód pozorowanymi reformami. Im wyżej wspinałem się w szachowej hierarchii, tym więcej brudu, kłamstwa widziałem. Jeżdżąc na Zachód, zacząłem marzyć, by kiedyś w mojej ojczyźnie była wolność i zrobiło się normalnie.
Teraz jednak jest znowu coraz gorzej. A ja nie jestem już tylko szachistą. Dokonałem wyboru i chcę zrobić coś dobrego dla Rosji. Bardzo dużo pracuję, głównie nad koncepcją Rosji po Putinie. Choć kremlowska propaganda stara się pokazywać, że opozycja zajmuje się tylko nielegalnymi manifestacjami.
NEWSWEEK: Ale na placu Łubiańskim 15 grudnia, 
na ostatnim wielkim wiecu opozycji, pana nie było. Dlaczego?
GARRI KASPAROW: Ta demonstracja była tylko symboliczna, w rocznicę ubiegłorocznych protestów. W praktyce nie miała większego znaczenia, poza pokazaniem, że jakaś część Rosjan nadal wierzy, że da się przywrócić demokrację. Ale to już tylko wiara i desperacja. Wolę się koncentrować na działaniach, które przynoszą skutki. Nie zgadzam się z powszechną opinią, że Rosjanie rok temu się przebudzili i nagle zaczęli protestować przeciw reżimowi Putina. Myślący Rosjanie od dawna nie mieli złudzeń. Wiedzieli, że wybory do Dumy z ubiegłego roku i prezydenckie 
z marca tego roku były farsą. Zresztą również strategia władzy się nie zmieniła. Putin wie, że społeczeństwo trzeba trzymać w ryzach, inaczej przyjedzie i wymiecie przywódców z Kremla w pół godziny. Widział pan na placu Łubiańskim zapewne setki, a może tysiące policjantów, omonowców, żołnierzy... NEWSWEEK: Oczywiście, Łubianka była szczelnie 
otoczona autobusami i ciężarówkami 
z policją oraz wojskami wewnętrznymi…
GARRI KASPAROW: I tak nie widział pan wszystkiego. Byli też tajniacy, kamery, śmigłowce. Po co to Putinowi? Po co całe departamenty w MSW i FSB, które zajmują się tylko obserwowaniem opozycji? Po co departamenty analizy nastrojów społecznych? Po co tysiące tajnych współpracowników, donosicieli? Putin dobrze wie, że społeczeństwo jest nastawione z gruntu opozycyjnie. Wie, że jego władza to uzurpacja, a utrzymuje ją tylko dzięki aparatowi bezpieczeństwa. Na ten aparat nie szczędzi się środków. Proszę się przyjrzeć, policja ma nowe samochody, nowe mundury, najnowszy sprzęt. Gdy tylko na świecie powstaje jakieś urządzenie służące kontroli obywateli, nowa technika do rozpraszania manifestacji, rosyjska policja ma to pierwsza.
Demonstrowaliśmy rok temu nie po to, żeby sobie nawzajem coś udowodnić albo pokazać Putinowi, jak bardzo mamy go dość. Chcieliśmy pokazać światu, że Rosjanie nie są stadem bezwolnych baranów. I pokazaliśmy. Teraz czas na ruch świata. NEWSWEEK: Ten ruch już chyba nastąpił. Amerykanie przyjęli tzw. ustawę Magnickiego, 
zakazującą wjazdu do USA rosyjskim urzędnikom podejrzewanym o udział 
w łamaniu praw człowieka czy korupcji.
GARRI KASPAROW: Takie działania są najlepszym sposobem na kremlowski reżim. Rosjanie mają zwyczaj, że przynajmniej raz na rok muszą nacieszyć oczy swoimi pieniędzmi. A tak naprawdę chodzi o to, że polokowane na Zachodzie fortuny rosyjskich oligarchów i ludzi powiązanych z władzą muszą być kontrolowane. Do tego potrzebna jest osobista obecność miliarderów i milionerów. Liczę na to, że podobne prawo wobec Rosjan wprowadzi teraz Unia Europejska. Jeśli na podstawie prawa Magnickiego Zachód przestanie ich wpuszczać, to staną przed poważnym dylematem. Pieniądze albo Putin.
NEWSWEEK: I co wybiorą?
GARRI KASPAROW: Oczywiście pieniądze. Putin się tego strasznie boi. Jego podporą jest armia urzędników, której pozwala kraść do woli, a potem wywozić worki z pieniędzmi na Zachód. W dodatku w każdej chwili może polecić każdemu z rosyjskich oligarchów wydać np. miliard dolarów na jakiś projekt. I ten oligarcha to zrobi.
Korupcyjny system jest bardzo rozbudowany. Kreml opłaca nawet wielkich europejskich polityków. Kupił już byłego kanclerza Niemiec Gerharda Schrödera, który pracuje dla Gazpromu. Kupił byłego mera Hamburga Henniga Voscheraua, który również pracuje dla Gazpromu. Kupił premiera Finlandii i byłego premiera Włoch Silvia Berlusconiego, który załatwiał dla Putina interesy z włoskimi koncernami. Worki z pieniędzmi ulokowane na Zachodzie sprawiały, że Europa, a w mniejszym stopniu Ameryka przymykały oko na uzurpatora. Ale teraz ludzie, którym Putin pozwalał wywozić fortuny za granicę, boją się, że je stracą. Ponadto sam stał się nerwowy i straszy, że każe ściągnąć miliardy z zachodnich banków do Rosji. Dla oligarchów byłaby to katastrofa. Utrata całego szczęścia! To moment, w którym Zachód musi naciskać dalej i spowodować, że ludzie Putina zaczną go zdradzać. NEWSWEEK: Cały czas powtarza pan: Zachód musi 
zrobić to, Zachód musi zrobić tamto. 
Jest pan liderem opozycyjnej partii, 
kandydował pan na prezydenta Rosji 
w 2004 r., a liczy pan tylko na Zachód?
GARRI KASPAROW: Bo Zachód jest współodpowiedzialny za pojawienie się Putina. Zachód go sobie wyhodował. Od początku Putin zaplanował, że co najmniej kolejne ćwierćwiecze będzie jego epoką. Na Zachodzie tego nie dostrzeżono. Daliście się np. nabrać na numer z Miedwiediewem. Uwierzyliście, że oto liberalny Miedwiediew konkuruje z Putinem i są szanse na reformy, demokratyczny zwrot w Rosji. A przecież to była farsa. Odegrana właśnie dla naiwniaków z Zachodu. Podobnych fars Putin odegra jeszcze wiele i za każdym razem będą na Zachodzie politycy i ludzie ze środowisk opiniotwórczych, którzy mu uwierzą. Świat demokratyczny powinien się opamiętać przede wszystkim we własnym interesie.
NEWSWEEK: Dlaczego? Putinowska władza jest równie groźna jak np. stalinowska?
GARRI KASPAROW: Dzisiaj nie ma już oczywiście krwawych dyktatur i ludobójstwa. Nawet Chiny zyskały wizerunek nowoczesnego i w miarę łagodnego państwa. Władza Putina to jednak najbardziej nowoczesna forma dyktatury. Przez to jest też taka groźna, bo trudna do zdefiniowania. Posługuje się perfekcyjnie mediami, PR-em, internetem, potrafi grać społecznymi nastrojami. Maskuje się. Na Zachodzie od wielu intelektualistów słyszę: OK, może i Putin nie jest demokratą, ale przecież nie 
rozstrzeliwuje.
To błędne myślenie. Dyktatura wciąż jest groźna, chociaż wydaje się coraz ładniej upudrowana i pachnąca. Rosjanie nadal nie mają wolnego wyboru, a najbardziej otwarcie protestujący przeciw władzy są prześladowani. Zachodowi z kolei dyktatura Putina zagraża, bo uwodzi ideologią łatwych pieniędzy.
Widzę już kolejne posunięcia Putina. Inwestycje na Zachodzie i związanie Rosji z zachodnimi koncernami. Wejście na drogę takich współzależności, że nikomu nie będzie się opłacało ruszyć Putina, bo tylko on będzie gwarantem wspólnych 
interesów… NEWSWEEK: Oczekuje pan od Zachodu, że obali 
Putina, a jednocześnie zarzuca, 
że zachodni politycy nie potrafią 
analizować sytuacji w Rosji jak 
szachiści i są naiwni jak dzieci…
GARRI KASPAROW: Dlatego zachodni politycy powinni polegać na tych Rosjanach, którzy wiedzą, z kim grają. My znamy te zagrywki od lat. Wie pan, jak grałem tyle razy z Anatolijem Karpowem, to niewiele było ruchów, którymi mogliśmy się wzajemnie zaskoczyć. My znamy wszystkie zagrywki Putina. Są niemal takie same jak Breżniewa, Andropowa czy Gorbaczowa. On przecież od nich uczył się gry politycznej. To byli jego mistrzowie.
NEWSWEEK: W końcu sam wyrósł na mistrza. 
Potrafi w każdej sytuacji znaleźć 
odpowiedni dla siebie wariant rozgrywki.
GARRI KASPAROW: Nie zgadzam się. On byłby marnym szachistą. Brakuje mu cierpliwości i finezji. Po jego stronie szachownicy jest tylko on i same pionki. Po naszej stronie są inne, ważne i mądre figury.
NEWSWEEK: Może jednak jest ich zbyt wiele, bo jakoś nie potraficie dojść do porozumienia i opozycja sprawia wrażenie, jakby nie wiedziała, czego chce.
GARRI KASPAROW: Może i tak to jest widziane na Zachodzie. Opozycja rzeczywiście składa się z różnych ludzi o odmiennych poglądach. Są w niej i tacy, dla których to tylko doskonała zabawa w konspirację, sposób na nudę w życiu. Wierzę, że i tacy są potrzebni. Lepiej, jak zabijają nudę, organizując manifestacje, niż gdyby mieli tracić energię np. na rozrywki i nic nie robić dla społeczeństwa. Owszem, trudno nam się czasem dogadać. Sam mam z tym problemy. Przychodzę z gotowym pomysłem, a słyszę dziesiątki innych kontrpomysłów. Potem trzeba wypracować kompromis. Ta opozycja jest jednak odzwierciedleniem społeczeństwa. Poturbowanego przez radziecką, a potem putinowską dyktaturę. Innej nie będzie.
NEWSWEEK: Chce pan zostać przywódcą opozycji, a potem prezydentem Rosji?
GARRI KASPAROW: Przywódca to złe słowo. Jeśli pójdą za mną ludzie, to jestem gotowy. Ale sam nie nazwę się liderem. Do polityki staram się podchodzić profesjonalnie, tak jak podchodzę do szachów. Nie unikam odpowiedzialności i już raz, w 2008 r., byłem kandydatem na prezydenta. Jestem gotowy kiedyś kandydować ponownie.
Ale teraz sytuacja jest inna. Nie mam zamiaru zostać politycznym desperatem, który w wyborach dostanie ułamki procenta. Nie o to chodzi. Dla Rosjan cel jest jasny. Chcemy wywalczyć możliwość wolnych wyborów. Często słyszę zarzut, że krzyczymy, że nam się nie podoba Putin, lecz nie wystawiliśmy przeciw niemu kontrkandydata. Zgoda, ale po co mielibyśmy go wystawiać, skoro wybory były farsą? Nie możemy wystawić lidera, aby go spalić.
Na razie naszym celem jest zmuszenie Putina za pomocą protestów i presji z zagranicy do uczciwych wyborów. Kolejny cel to zarażenie rosyjskiej prowincji wiarą w zwycięstwo nad reżimem. Tworzymy też koncepcję polityki na czas po upadku reżimu. Rosji nie stać na wstrząsy, musimy opracować taki plan, by zmiana władzy była jak najmniej bolesna. To będzie mozolna rozgrywka, ale wygramy. Garri Kasparow (ur. w 1963 r. w Baku), rosyjski szachista, 13-krotny mistrz świata, laureat 11 szachowych Oscarów. Od 1985 do 2006 r. był (z krótką przerwą) mistrzem świata. Siedem lat temu zaangażował się w politykę. Był kandydatem na prezydenta Rosji w 2008 r., obecnie jeden z liderów rosyjskiej opozycji

END